Kobiecie nigdy nie dogodzisz. Żona chciała 100 zł na salon piękności. Spojrzałem na nią, dałem 200 zł i się obraziła.
Był sobie pewien niezwykle bogaty a przy tym ekscentryczny milioner.
Osiągnął w życiu wszystko. Wreszcie, przeszedłszy na emeryturę, postanowił zrealizować największe marzenie swojego życia – wybrać się w podróż dookoła świata wierną kopią średniowiecznego żaglowca.
Wszystko w tej podróży miało być tak, jak było w średniowieczu. Żaglowiec musiał być zrobiony dokładnie tak samo, przy użyciu tych samych materiałów, narzędzi i technologii, jak kiedyś. Na pokładzie nie mogło być żadnych innych urządzeń, jak tylko te znane w średniowieczu. Zapasy żywności przygotowano w ten sam sposób. Załoga była ubrana w repliki średniowiecznych ubrań. Sam milioner, pasjonat żeglarstwa, miał zostać kapitanem.
Nie było łatwo zrealizować ten plan. Samo zbudowanie wiernej kopii
żaglowca okazało się niezwykle skomplikowanym przedsięwzięciem. Wybudowano średniowieczną stocznię. Zatrudniono z całego świata najlepszych szkutników, którzy mieli pojęcie o budowie średniowiecznych statków.
Niektóre technologie trzeba było odtworzyć. Płótno na żagle zostało utkane specjalnie na potrzeby ekspedycji przy użyciu starych metod. W podobny sposób zostały wykonane liny… itp.
Równocześnie kompletowano załogę. Na podstawie starych dokumentów ustalono, jakie profesje czy umiejętności były przydatne na statku. Zbierano i przeszkalano chętnych. Produkowano narzędzia.
Wreszcie wszystkie prace zostały zakończone. Ustalono datę wyjścia w morze.
Piękny żaglowiec kołysał się majestatycznie przy nabrzeżu. Na pokładzie
gorączkowo krzątała się załoga. Nawigator ostatni raz przeglądał pożółkłe pergaminy map, polerował szkła sekstansu, sprawdzał tablice gwiazd.
Żaglomistrze sortowali setki metrów kwadratowych żagli, kontrolowali
kilometry konopnych lin. Bosman razem z cieślą dokonywali ostatniej
inspekcji kadłuba. Kuk liczył beczki z solonym mięsem. Załoga pod pokładem
rozwieszała hamaki i worki ze swoimi rzeczami.
Wtem na nabrzeżu pojawił się mały, niepozorny człowieczek, ubrany w ciemną, długą szatę. Pod pachą trzymał niewielką, drewnianą, obitą płótnem
skrzynkę. Bez wahania skierował się na trap i zaczął wchodzić na pokład.
– A wy kto? – zapytał bosman.
– Jak to kto? – zdumiał się człowieczek – jestem ostatnim członkiem waszej ekspedycji.
Bosman pośpiesznie wyjął listę załogi. Wyglądało na to że nikogo nie brakuje.
– Na prawdę? A kim jesteście? Jaka wasza profesja?
– Jestem glutownikiem – wyjaśnił człowieczek – Wiem, że wasza ekspedycja nie ma jeszcze glutownika.
– Eeee…. glutownikiem? – spytał z głupią miną bosman.
– Właśnie! Przecież nie wypłyniecie w morze bez glutownika!
Bosman nie miał pojęcia, kim jest glutownik, ale żeby nie stracić twarzy, postanowił się do tego nie przyznawać.
– Cóż, macie rację, dobry człowieku. Jednakowóż, decyzję o waszym dołączeniu do załogi podjąć musi kapitan. Może ma innego nagadanego glutownika?
Bosman pośpieszył do kajuty kapitana na rufie, zameldował się służbiście i rzekł:
– Panie kapitanie! Melduję, że na statek zgłosił się glutownik!
– Kto? – spytał ze zdumieniem milioner?
– Glutownik, kapitanie! Nie mamy jeszcze w naszej załodze glutownika, a
przecież jutro wychodzimy w morze. Czy mam dołączyć go do załogi? A może
pan kapitan ma nagadanego innego glutownika?
Kapitan – milioner zawahał się. Nie miał pojęcia, kim jest glutownik, a
przecież przeczytał wiele dzieł traktujących o średniowiecznej żegludze.
Ale – może coś pominął? Wyglądało na to że bosman doskonale orientuje się w temacie, a to przecież nie lada fachowiec! Skoro twierdzi, że glutownik jest w podróży niezbędny…
– W porządku, bosmanie! Rzeczywiście, nie mieliśmy dotąd glutownika. Nie
udało mi się, eeee…, żadnego znaleźć. To bardzo rzadka profesja.
Obawiałem się płynąć w morze bez glutownika, ale nie miałem wyboru. To szczęście, że zgłosił się do nas ten człowiek! Proszę zapewnić mu
wszystko, czego będzie potrzebował do swoich, eeee…., czynności glutowniczych.
Zresztą, sami dobrze wiecie bosmanie co robić!
– Rozkaz, kapitanie – odpowiedział bosman, zasalutował i wyszedł,
postanawiając później wyciągnąć jakoś od kapitana, czym zajmują się
glutownicy. Tymczasem, w swej kabinie kapitan wsparł głowę na rękach i
dumał, jak podejść bosmana by ten niepostrzeżenie wyjawił mu prawdę o
glutowniku…
Glutownik nie miał duzych wymagań. Polecił jedynie rozstawić na pokładzie mały namiocik i zakazał komukolwiek wchodzenia do środka.
Podróż rozpoczęła się. Żaglowiec przecinał fale, prowadzony pewną ręką
sternika. Załoga na masztach pracowała niczym dobrze zestrojony mechanizm. Nawigator dbał o to żeby statek nie zszedł z przewidzianego kursu.
Jedynie działania glutownika owiane były mgła tajemnicy. Co jakiś czas, z malego namiociku dobiegały jakieś stuki, trzaski, odgłosy piłowania,
jednak efekty jego pracy nie były dostrzegalne dla reszty załogi.
Kapitan czasami próbował wyciągnąć od bosmana informacje o tym czym zajmuje się glutownik. Pytał:
– Powiedzcie mi, bosmanie, na jakim etapie są czynności naszego glutownika?
Czy wszystko przebiega jak trzeba?
Na co bosman odpowiadał niezmiennie:
– Wszystko jest w najlepszym porządku, kapitanie!
Z kolei bosman próbował podpytać glutownika o jego pracę, ale otrzymywał
od niego odpowiedź podobną do tej, której sam udzielał kapitanowi.
Wreszcie kapitan nieco się zniecierpliwił, i pewnego dnia spytał glutownika:
– Dobry człowieku. Minęły już prawie dwa miesiące naszej ekspedycji. Z
niecierpliwością czekamy na efekty waszych prac glutowniczych. Kiedy
będziemy mogli je obejrzeć?
Glutownik spojrzał ze zdziwieniem na kapitana.
– Jak pan Z PEWNOŚCIĄ WIE, panie kapitanie, czekamy na bezchmurną pełnie
księżyca. Do tej pory mieliśmy dwie pełnie, niestety księżyc był
zasłonięty przez chmury. NA PEWNO orientuje się pan, ze bezchmurne niebo jest warunkiem wprost kluczowym dla powodzenia moich czynności.
– Ehmm, tak, oczywiście… – wymamrotał kapitan i nie rozwijał już tematu.
Jednak później tego dnia, chcą udowodnić bosmanowi że nie gorzej niż on orientuje się w czynnościach glutowniczych, powiedział mu:
– Nie mogę się wprost doczekać, bosmanie, kiedy wreszcie będzie bezchmurna pełnia, by obejrzeć efekty działań naszego przyjaciela glutownika.
– Eeeee… tak, panie kapitanie – powiedział bosman, utwierdzając się w
przekonaniu że o glutowniku kapitan wie wszystko.
Wreszcie nadeszła bezchmurna pełnia. Na pokładzie dało się odczu narastające podniecenie. Glutownik poprosił nawigatora o dokładne
wyznaczenie północy. Niestety, pod wieczór przyszły chmury i rozszalał sie sztorm…
Wreszcie nadeszła kolejna pełnia. Tym razem chmur nie było. Cała wolna od obowiązków załoga zgromadziła sie na pokładzie. Wzeszedł księżyc.
Glutownik poprosił kapitana, aby zmieniono kurs tak by księżyc świecił ze sterburty.
Uczyniono to. Nawigator zdjął dokładną pozycje statku i dokładnie obliczył lokalny czas, przygotowując się do wyznaczenia północy.
Na pół godziny przed północą na pokład wyszedł glutownik ubrany w
uroczystą, purpurową szatę. Na pokładzie postawił swą skrzynkę. Wyjął z niej małą deszczułkę o przekroju trójkątnym, i położył ją tak by ostry koniec trójkata sterczał ku górze. Na tej deszczułce położył w poprzek drugą,
płaską, tak że całość stanowiła coś w rodzaju huśtawki czy też dźwigni. Na jednym z końców dzwigni połozył małą, drewnianą, pomalowaną na złoto
kulkę.
W rękę trzymał misternie rzeźbioną krótką pałkę.
Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Powoli zbliżała się północ. Świecił
księżyc.
Lekki wiatr pchał statek przed siebie.
Wreszcie nawigator dał znać, że północ nastąpi za pół minuty. Wszyscy
wstrzymali oddech. Ostatnie dziesięć sekund nawigator odliczał dźwiękiem
okrętowego dzwonu.
Kiedy nastąpiło ostatnie, dziesiąte uderzenie dzwonu, glutownik zamachnął się trzymaną w ręku pałką i z całej siły uderzył w wolny, sterczący do
góry koniec deszczułki na której drugim końcu spoczywała kuleczka. Kuleczka wystrzeliła do góry, błyszcząc w świetle księżyca, zatoczyła wielki łuk nad relingiem i wpadła do wody wydając głośny dźwięk:
*GLUT!*
Zdesperowana dziewczyna stoi na nabrzeżu i chce popełnić samobójstwo. Widzi to młody marynarz, który podchodzi do niej i mówi:
– Nie rób tego! Zabiorę cię na pokład naszego statku, ukryje, przemycę do Ameryki i zaczniesz nowe życie. Przez cały rejs będę cię karmił, będę ci dawał radość, a ty będziesz mnie dawać radość. Jeszcze nie wszystko stracone…
Dziewczyna, jeszcze pochlipująca z cicha, postanowiła dać sobie jeszcze jedna szanse i poszła z nim na statek. Jak obiecywał tak zrobił – ukrył ją pod pokładem, raz na jakiś czas podrzucał jej kanapkę, jakiś owoc lub coś do picia, a całe noce spędzali na miłosnych igraszkach. Sielankę przerwał kapitan, który pewnego dnia odkrył kryjówkę dziewczyny.
– Co tu robisz? – zapytał surowo.
– Mam układ z jednym z marynarzy. Zabrał mnie do Ameryki, karmi mnie, a ja mu pozwalam robić ze mną, co chce. Mam nadzieje, że kapitan go nie ukarze?
– Nie – odpowiedział kapitan. – Chciałbym jednak, żebyś wiedziała, ze jesteś na pokładzie promu Wolin – Świnoujście – Wolin….
Ożeniłem się z trzydziestoczteroletnią ładną i młodą wdówką, która miała równie ładną szesnastoletnią córkę. Mój ojciec ożenił się z moja pasierbica. Od tej pory wszyscy straciliśmy orientacje w rodzinnych stosunkach. Moja żona, czyli synowa mojego ojca jest również jego teściową. Moja1 pasierbica została moją macocha, a mój ojciec moim zięciem. Nie koniec na tym… Niedawno urodził mi się syn, a pół roku później jego stryj, czyli syn mojego ojca. Moja macocha czyli córka mojej żony została w ten sposób siostrą swojego wnuka, będąc równocześnie babką swojego brata. Jej syn jest moim bratem, a ja jego dziadkiem. Mój ojciec jest szwagrem swojego wnuka, który jest bratankiem jego syna. Moja żona, teściową i synową mojego ojca jest babką mojego brata. I w ten sposób zostałem swoim własnym dziadkiem…
Spotyka się dwóch dawnych kumpli :
– Słyszałem, że się ożeniłeś ?
– Tak, dwa miesiące temu.
– No i jak to jest ?
– Cudownie – odpowiada żonkoś – Nawet sobie nia wyobrażasz jak to jest.
Przychodzisz z roboty zmęczony, głodny, zły a tu mieszkanie wysprzątane,
gorący obiad podany, na stole kwiaty. Zaczynasz jeść a obok piękna kobieta, wesoło ci szczebiocze i szczebiocze i szczebiocze i szczebiocze i szczebiocze …..pierdolnięta idiotka..